Bardzo nam miło, że nie przeraziliście się konkursu i stanęliście w szranki z Małym Johnem. Prac nie przyszło wiele, ale większość prezentowała poziom wyższy niż przeciętny. Także, składające się z redaktorów OUTPOST jury, zdecydowało, że główną nagrodę otrzymuje...
Bartosz 'Bartosh' Majorczyk
Gratulujemy! Zwycięska praca (oraz pozostałe) znajdują się poniżej:
Mały Johny cisnął w kąt gumową zabawkę. Przeklinał w duchu swój pech i przeklęty świat, na którym przyszło mu żyć. Gdy wczoraj, zupełnie przypadkiem, natrafił na ukryty pod przewróconym regałem właz, odżyła w nim ledwie tląca się do tej pory wola walki i chęć przeżycia. Myślami powrócił do wczorajszych bezowocnych poszukiwań. Prawie nie rozglądając się przeszedł się po wyczyszczonej do cna starej księgarni, gdy nagle pewien szczegół przypadkowo zwrócił jego uwagę. Ktoś spartaczył robotę, bo na pokrytym kurzem meblu było mnóstwo świeżych śladów. Klapa, jaką znalazł po odsunięciu regału pod spodem, została odnowiona i wzmocniona. Gruba blacha to rzeczywiście poważna przeszkoda, ale już kłódka nie powinna stanowić problemu dla kogoś takiego jak Johny. Dokładniejsze oględziny ujawniły niewielką literę „G”, ślamazarnie wydrapaną na stalowej pokrywie. Teraz nie było wątpliwości. Udało mu się w końcu odkryć jeden z legendarnych schowków Gibbsa, o kórym podsłuchał niedawno jakieś opowiastki snute przy ognisku. Mały Johny ukrył właz najlepiej jak umiał, po czym wyruszył w stronę obozowiska, w okolicy którego ukrył część ekwipunku. Szybko starał się zasnąć, aby widoczne w jego oczach podekscytowanie nie wzbudziło podejrzeń innych Szczurów, zebranych wokół wspólnego ogniska. To twardy świat i nikt nie ma powodów do radości, a jeśli ktoś się cieszy, to znaczy że mu się poszczęściło, i jest to najprostsza droga do oberwaniem po bebechach zardzewiałym nożem. Johny obserwował ukradkiem milczące ponure postacie, które tak samo jak on, zrobią wszystko, aby choć na chwilę polepszyć swój los. Bez sentymentów. Gdy już prawie świtało, wybudził się w końcu z niespokojnej drzemki i prawie bezszelestnie wymknął się z obozowiska, aby po chwili zniknąć w mroku. Sprawdził tylko czy nikt go nie śledzi, i już po pół godziny ponownie był w starej księgarni. Wszystko poszło sprawnie i gładko. I oto stoi teraz w ciemnościach, które ustępują tylko przed nikłym światłem latarki. Rozczarowany. Cholera! Miały być leki, amunicja, broń. Coś cennego. A tu tylko drobnica, sterta czegoś, co nadawało się tylko na opał. No i bezwartościowe zabawki, bo żyjąc w powojennych realiach nie można sobie pozwolić na luksus dzieciństwa. Światło latarki jeszcze raz zatańczyło po całym pomieszczeniu, próbując z ciemności wyłapać najcenniejsze gamble, które Johny zabierze od razu. Nagle wzrok jego zatrzymał się na skrzyni przysypanej rozkładającymi się książkami i starym dywanem. Odgarnął śmieci i serce zabiło mu mocniej. Wojskowa skrzynia na polowe środki medyczne, całkiem jeszcze w niezłym stanie i zamknięta na oryginalną kłódkę. Może jednak los się w końcu odmienił. Spoconymi dłońmi chwycił pewnie cienkie wytrychy, i już po chwili zapięcie kłódki delikatnie odskoczyło. Nie czekając dłużej chwycił za klapę i uniósł górne wieko… Porażający oczy błysk i niemożliwy do wytrzymania, wbijający się pod czaszkę huk. I nic więcej…
* * *
Siadaj młody. Dzięki za te kilka ziaren fasoli, ale nie rób tego więcej. Jak będziesz tak robił, to trafisz w końcu na frajera który będzie cię doił z jedzenia, a gdy już pójdziesz po rozum do głowy i odmówisz, to cię po prostu zabije. Szkoda mi ciebie, bo to nie jest miejsce dla żółtodziobów. No, ale korzystaj jeszcze z ciepła ogniska póki możesz, bo nie wiadomo co przyniesie jutro. Wiesz, jest taka legenda… kiedyś przed wojną też były takie opowieści i mówili na to Miejska legenda, choć teraz nie ma podstaw żeby ta nazwa się utrzymała. No więc z wdzięczności za te żarcie, opowiem ci historię o Gibbsie. Gibbs był wyrzutkiem, jak my wszyscy. Na tyle twardym żeby przeżyć, ale na tyle bezsilnym i pozbawionym nadziei, żeby wyrwać się z tego stanu półśmierci, w jakim wszyscy tkwimy. Wszystko na tym świecie się pokręciło, więc i najwyraźniej Bóg zmienił priorytety i teraz pomaga Czarnym. Otóż pewnego razu, snując się jak zwykle po gruzowisku, Gibbs tak się zapatrzył, że wlazł na niebezpieczny i niepewny teren. A skoro każdy z nas wie, że jest niebezpieczny, to i nie ma powodów, dla których nie maił być taki i dla Gibbsa. No więc kilka nieostrożnych kroków wystarczyło, aby część tej gruzowej układanki zawaliła się do środka, oferując Czarnuchowi darmową jazdę. Bóg uśmiechnął się do niego po raz drugi i trzeci. Nie dość, że staruch przeżył, bo lecąc zaczepił się ubraniem o jakieś pręty, to jeszcze to co znalazł na dole, przeszło najśmielsze oczekiwania. Otóż wpadł prosto do sarkofagu. Nie wiesz czym jest sarkofag? To taka zupełnie niespenetrowana część ruin, którą tak przysypało, że nikt od czasu zniszczenia nie mógł się do tego dobrać. No i ten trzeci uśmiech Boga przyniósł Czarnuchowi to, o czym marzy każdy z nas. Znalazł tam kości jakiejś rodzinki, ale to nie ważne, ważne, co rodzinka miała przy sobie. Apteczkę, żywność, sprzęt… Jak pomyślę o tym to mi się robi zbyt smutno. A że Gibbs był nie w ciemię bity, i miał smykałkę do interesów, udało mu się ustawić. Ukrył dużą część łupu, najadł się do syta, i za kilka gambli wynajął młodych, takich jak ty, aby przynosili mu to co znajdą. Ale że pojęcie szczęścia w tym świecie nie istnieje, to pół roku później Czarnuch kopnął w kalendarz, i to nie dlatego, że ktoś go zaciukał, ale z powodów zdrowotnych. Ot tak…jesteś i cię nie ma. Ale nie to jest najważniejsze. Gibbs był cholernym paranoikiem i jedyna osoba której ufał, to obłąkany żołnierz który uciekł z Frontu. Podobno czasem miał przebłyski rzeczywistości, i w tych rzadkich chwilach pomagał staremu ukrywać nagromadzone dobra. Podobno przy okazji zostawił jakieś niespodzianki, które zabrał ze sobą uciekając przed Blaszakiem. Ot tak, żeby za łatwo nie było, jak się komuś poszczęści. Stary umarł, Żołnierzyk odleciał w inny stan świadomości, a sławne schowki Gibbsa wciąż jeszcze gdzieś tam są. I choć tego obłąkanego próbowali grzecznie popytać, to jedyne co osiągnęli to to, że go zamęczyli. I teraz każdy z nas kręci się po ruinach z nadzieją na to, że w końcu uda mu się znaleźć to, co w spadku zostawił po sobie Gibbs. I uwierz mi młody, nadzieja to wspaniałe uczucie. Chodź teraz ze mną, pokaże ci gdzie możesz spać, żeby cię nikt nie okradł… Jutro nowy dzień, i nowa szansa na odkrycia…
* * *
Gdy tylko znaleźli się w ciemnościach, starszy mężczyzna szybkim ruchem złapał leżący na ziemi kawałek gruzu i z całej siły, jaką tylko mógł wykrzesać, uderzył odwróconego do niego plecami towarzysza. Trzy kolejne ciosy dokończyły sprawę. Starzec szybko obszukał zwłoki. Zabrał wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość, włącznie z pobrudzoną krwią, skórzaną kurtką. W słabym świetle wciąż było widać zaskoczenie na twarzy martwego młodzieńca. Starzec rzucił smutne spojrzenie na niedawnego towarzysza, po czym ruszył z powrotem w stronę ogniska.
- Szkoda – mruknął – To nie jest miejsce dla żółtodziobów…
Bartosz 'Bartosh' Majorczyk
Historia o tym jak to Mały John znalazł nowe życie, śmierć i szczęście
(niekoniecznie w tej kolejności)
- Jakieś jaja. Gumowy miecz świetlny - wyraził swoje zdumienie Mały John. - Nie no, nie wierzę - powiedział z rezygnacją w głosie i z impetem cisnął plastikową zabawką w mrok.
Nagle usłyszał jakieś bliżej niezidentyfikowane pojękiwania w głębi piwnicy. Odruchowo skierował tam snop światła z swej niezawodnej latarki znajdującej się w wielofunkcyjnym długopisie. Z zaskoczeniem stwierdził, że obok miecza leży jakaś dziewczyna i kurczowo ściska poparzony policzek.
- Kim jesteś niewiasto? I co robisz w tym przepastnym magazynie nikomu niepotrzebnych rzeczy? -Pytał zaskoczony Mały John i niepewnie zbliżając się do białogłowej, gdy ta nagle krzyknęła.
- Ty cholerny pokurczu rzuciłeś we mnie tym plastikowym gównem a ja jestem uczulona na lateks i poparzyło mi pół twarzy! - W tym momencie Mały John zrozumiał, że odstający brzuch dziewczyny nie jest wynikiem mutacji, a jedynie czegoś, co XX-sto wieczni nazywali "wpadką".
- Gdzie ja teraz kupię maść Gaussowską do wygładzania?! - Wykrzyczała ze łzą w oku dziewczyna. Drugie oko było misterną imitacją wykonaną z piłeczki pingpongowej. Świadczyło to o wyjątkowej zaradności młodej niewiasty. Nie każdy w tych trudnych czasach potrafił wykazać się taką rozumnością i inicjatywą.
- Może cię to zdziwi, ale to chyba twój szczęśliwy dzień. Zostało mi jeszcze kilka konserw Złota Ryba, która ma działanie lecznicze. Fakt potem pewna część ciała u kobiet śmierdzi śledziem, ale sądząc po twoim brzuchu i tak jeszcze przez pewien czas nie będziesz jej używać - powiedział z szelmowskim uśmiechem John i zabrał się do szukania puszek w swoim przepastnym plecaku. Wydobył małą pozłacaną konserwę i otworzył ją kilkoma sprawnymi ruchami otwieracza, który znajdował się w wielofunkcyjnym długopisie. Podał puszkę rozdygotanej dziewczynie, która łapczywie pochłonęła jej zawartość.
- Dzięki za Rybkę. Ale w przyszłości uważaj gdzie rzucasz plastikiem, ostatnio coraz więcej dziewczyn ma problem z lateksem, co jest dość brzemienne w skutkach - powiedziała z żalem w oczach i czule pogłaskała swój krągły brzuch.
- Dobra, dobra - powiedział Mały John ze zniecierpliwieniem w głosie. - Wiem, że "wszystkie dzieci nasze są" i inne takie brednie, ale ja nie mam na to czasu. Muszę znaleźć jakieś alkohol na grilla, bo jak wrócę z pustymi rękoma moja kobita utnie mi ostatnie z trzech jaj, jakie mi zostało - po tonie głosu Małego Johna słychać było, że to nie jest żadna metafora tylko bardzo realne zagrożenie.
- To piwnica mojej babki. Zanim wykopała ziemiankę w ogrodzie by sprawdzać jak pachną kwiaty od spodu trzymała tu gdzieś stary bimbrownik. Dziadek kiedyś zajmował się recyklingiem społecznym i w jakimś pegeerze znalazł całkiem dobrze zachowaną aparaturę - gdy John tego słuchał wprost nie mógł uwierzyć. Jako dziecko słyszał o destylatorach i bimbrownikach, ale było to w bajkach i starych legendach. Nie przypuszczał, że coś takiego istnieje naprawdę i że kiedykolwiek wejdzie w posiadanie tak cennego reliktu z Dawnej Epoki. - Jeśli dobrze pamiętam trzymał to w ukrytym pokoju za szafą wypełnioną gazetami ze zdjęciami nagich ludzi bawiących się ze zwierzętami. Dziadek chyba też interesował się zoologia...
- Gdzie ta szafa? - Przerwał jej podniecony Johny. Miał gdzieś zoofilskie zapędy jej dziadka. Jedyne, co go interesowało to znaleźć bimbrownik.
- Jest tam w rogu - wskazała gestem reki ciemny kąt piwnicy.
Mały Johny błyskawicznie podbiegł do szafy. Starał się ją przesunąć, lecz kolekcja w jej wnętrzu musiała być pokaźna bo ani drgnęła. Solidna konstrukcja, drzwi zamknięte.
- No to trzeba rozpieprzyć - powiedział z wyraźną radością w głosie. Już wiedział, że nic nie stanie mu na drodze do szczęścia, czymkolwiek ono było. Stanął przy szafie i znów zaczął czegoś szukać w ogromnym plecaku. Po chwili miał już w ręku lewarek, który umieścił między ścianą w szafą. Po chwili przeszkoda była odsunięta na tyle, że Mały John zastąpił lewarek swoim ciałem. Napierając plecami o ścianę a nogami o tył szafy sprawił, że runęła z impetem miażdżąc przy tym stare krzesło i kineskop monitora, który był w pobliżu.
Oczom Johna ukazały się niskie drzwi. Podszedł do nich. Nie zawracając sobie głowy użyciem czegoś takiego jak klamka kopnął je z taką siłą, że zardzewiałe zawiasy nie wytrzymały a drzwi leżały przed nim. Wchodząc do pokoju szedł po nich niczym po czerwonym dywanie by już za chwilę odebrać swoją nagrodę.
- Ja pierdziu!!! - Powiedział wstępując do niewielkiego i wilgotne pomieszczenia. Teraz dla Johna liczyło się tylko to, że oto na małym stoliku stoi przed nim maszynka, która zapewni szczęście jemu i całej jego rodzinie. Było to nieduże urządzenie, o raczej topornych kształtach z jednym otworem u góry i wychodzącą na zewnątrz rynienką z boku. Nie miał pojęcia jak to działa, technika nigdy nie była jego mocną stroną. Zdecydowanie preferował rozwiązania siłowe, pomyśleć zawsze można później. John delikatnie uniósł znalezisko i podszedł z nim do plecaka, z którego wyciągnął starą bluzę. Pieczołowicie owinął nią swój skarb i opiekuńczo ułożył je w plecaku.
- I co teraz? - Spytała dziewczyna, której twarz wygląda już prawie normalnie. Złota Rybka już działała. - A co ja z tego będę miała? Wchodzisz tu jakby nigdy nic, rzucasz we mnie lateksem i jeszcze kradniesz bezcenne znalezisko mojego dziadka. - Wygarnęła Johnowi ciężarna.
-Ty? Co ty będziesz z tego miała? - Powiedział powoli i z przesadną ironią cedząc słowa przez szczerbaty uśmiech. - Moją dozgonną wdzięczność - teraz słychać było tylko donośny śmiech, który wydobywał się z jego gardła.
- To niewiele - powiedziała poważnie dziewczyna.
- Tak sądzisz? - spytał nie przestając się uśmiechać Johny.
W tym momencie dziewczyna wyciągnęła z kieszeni coś, co na pierwszy rzut oka przypominało zapalniczkę, lecz w rzeczywistości było laserowym nożem do cięcia metalu.
- To niewiele zwarzywszy, że chwila twojego zgonu zbliża się nieubłaganie - w tym momencie wykonała jedynie drobny ruch dłonią. Mały John nawet nie zdążył zareagować. Laser w mgnieniu oka oddzielił jego ciało od nóg na wysokości kolan. Runął na ziemię. Błyskawicznie przebiegło mu przez umysł tysiące myśli. Ostatnią było to, że przed chwilą był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, a kilka sekund później leży w zatęchłej piwnicy i zaledwie kilka sekund dzieli go od śmierci.
Dziewczyna podeszła do niego i patrząc mu w oczy powiedziała.
- To, co znalazłeś to sokowirówka przerobiona na bimbrownik. Zapewne najcenniejsza rzecz, jaką przyszło ci widzieć w twoim nic nie wartym życiu.
- To było ostatnie, co Mały John widział i słyszał, przynajmniej tak mu się
wydawało. Nie wiedział, że jego ciało za kilka dni znajdzie obwoźna grupa handlarzy organami, którzy postanowią poeksperymentować z jego mózgiem. Nie mógł też wiedzieć, że będzie miał okazję się zemścić na swojej morderczyni, jednak dokona tego wszystkiego już nie swoim ciele. Po kilku zabiegach Mały Johny "zmartwychwstanie" tyle, że w postaci absolutnie odmiennym od obecnej, a mianowicie.....
zajaczek
Do tych ruin wkracza wróg. Zaczyna się walka słowna, a w końcu dochodzi do bójki. W pewnym momencie zaczynają lecieć gruzy z sufitu. Ruiny się zawalają. Zaczyna się wielka ucieczka, a przy okazji zabieranie tego co pomieszczą torby.
joannas1
Co się dalej działo ? Zapewne w celu ogrzania się użył pierwszej znalezionej książki - opały z Holandii... później pod wpływem owego opału wierzył iż miecz świetlny jest prawdziwą bronią i ruszył na wroga... zapewne przeżył - przecież pijanemu i naćpanemu nic nigdy złego
się stać nie może ;) Któż wie - może wstąpił jako szpieg w szeregi wroga...
dianek
Opowiadanko w pdfie.
Zawias
Obrazek
Vincent Venoir
Dziękujemy wszystkim za udział oraz dziękujemy Wydawnictwu Portal za ufundowanie podręcznika. |